niedziela, 31 sierpnia 2014

O Gorillaz: 2-D

Gdybym miał wyznaczyć jedną rzecz, której spodziewałem się najbardziej na świecie, wybrałbym to, że moją ankietę wygra 2-D, bo to było takie przewidywalne. Na początku byłem podekscytowany, gdy prowadziła Noodle, myślałem, że coś mnie zaskoczyło, ale Stuart wyskoczył przed szereg ze znaczną przewagą głosów. Okej więc, skoro chcecie poczytać o nim, to ja zabieram się za pisanie. 


Stuart "2D" Pot (z domu Tusspot, czyli "olbrzymia ciota") jest synem mechanika Davida i Rachel, pielęgniarki z miejskiego szpitala. Jedynak, którego skrytym marzeniem było pozostanie łowcą tornad lub artystą graffiti (jak idol Banksy), gdy zorientował się, że jego wkład w edukację był zerowy. Stu Pot (celowa gra słów, mająca na celu imitację słowa "stupid".) nie grzeszy inteligencją, ani jakąkolwiek wiedzą i nie jest to wina incydentów z dzieciństwa, on po prostu jest głupi, a jedyne co potrafi robić dobrze, to śpiewać, grać na melodice (to instrument, z którym praktycznie nigdy się nie rozstaje), kilku innych klawiszach i być głupim. Generalnie wśród rodziny i znajomych każdy wiedział, że Pot po prostu kocha muzykę. Sam Damon Albarn i Jamie Hewlett lubią określać wykreowaną postać tymi słowami:
 "He has a blank sheet of paper where a brain should be."
Po szkole zaczął pracować w sklepie z klawiszami, dopóki nie dane mu było poznać nagle swojego przyszłego lidera zespołu.

WŁOSY:
Nietypowy wygląd Stuarta to rzecz, która zmieniała się na przestrzeni lat, przed i w trakcie kariery w zespole Gorillaz. 2-D nie urodził się z niebieskimi włosami, ani nie farbuje ich, bo kopiuje Demerię - grzywa w kolorze oceanu wyrosła samoistnie, gdy 11-letni Stuart spadł z drzewa i uderzył głową o ziemię. Wszystkie blond włosy wypadły, a ich miejsce zastąpiły te, które nosi teraz. Nikt nie wie dlaczego to się stało. (Nie potrafię nie wspomnieć w tym momencie o tym, jak bardzo denerwują mnie rysunki fanów, którzy niebieskie włosie rysują również na innych częściach ciała wokalisty, co jest zupełnie głupie.)


OCZY:

Zanik pięknych, niebieskich oczu Stuarta, to efekt znajomości Murdoca Niccalsa. Pierwsza patologiczna zmiana pojawiła się po napadzie rabunkowym, którego przywódcą był wyżej wymieniony Muds. Nieświadomy niebezpieczeństwa Stuart oberwał w twarz maską samochodu, który z impetem wparował przez przednią szybę sklepu z klawiszami (Murdoc był na etapie zakładania jakiegoś przypadkowego zespołu, więc oczywistym dla niego była kradzież sprzętu muzycznego). Efektem tego uderzenia była trwała hyphema i przejście w stan katatonii. Sam Niccals dostał wyrok pozbawienia wolności i 30,000 godzin opieki nad poszkodowanym. Kiedy odbywał drugą część swojej kary zaczął zyskiwać władzę nad Stuartem, który miesiącami był śliniącą się rośliną z trwale zalanym krwią okiem. 

Uszkodzenie drugiego oka, to osobna historia, jednak łączy je to, że w obu przypadkach głównym sprawcą był nikt inny jak Murdoc. Podczas opieki nad swoją ofiarą, Muds często zabierał gdzieś niekomunikującego Stuarta ze sobą, a że był totalnie nieodpowiedzialny, często zapominał o tym, by przypiąć go pasami na tylnym siedzeniu. Efektem tej nieuwagi był kolejny wypadek. Niccals chciał zaimponować jakiejś lasce na parkingu przed Tesco i zrobić autem obrót o 360', przez co 2-D wyleciał z hukiem przez przednią szybę i ślizgając się po betonie przez kilka metrów wybudził się z katatonii... no i stracił drugie oko (ważne: dzieciak nigdy nie utracił wzroku, narząd działa bez problemu). Kiedy Murdoc obserwował zmaltretowane ciało, które leżało na betonie całe we krwi, uznał, że leżący będzie IDEALNYM wokalistą dla jego nowego zespołu. Patrząc na czarne oczy nazwał Stuarta "2-D", co osobiście stało się wielką miłością przyszłego frontmana.



Nick spodobał się mu tak bardzo, że od razu zmienił sobie dane osobowe w dowodzie i innych papierach. Po tych wypadkach stracił kompletnie możliwość jakiegokolwiek logicznego myślenia, a samego Murdoca zaczął traktować jak drugiego ojca, bo w swojej poobijanej główce uroił sobie, że ten uratował mu życie.

2-D, 2-DENTS - DWA WGNIECENIA

Dużo osób próbuje wcisnąć swoje teorie z polskich wikipedii, jakoby ten pseudonim miał coś wspólnego z przednimi zębami, które Murdoc wybił Stuartowi idąc na radiowy wywiad. Bullshit moi drodzy, bullshit.
To samo z insynuacjami na temat okładki Demon Days, na której rzekomo widać białko w oku wokalisty. To nic innego jak odbicie światła, które pojawia się na praktycznie wszystkich rysunkach przygotowanych przez Jamiego.

Poniżej dwie wpadki polskich portalów:



I PERŁA WŚRÓD WPADEK, PANIE I PANOWIE... RMF.FM!


_________________________________________



Warto wspomnieć również o tym, że na początku swojej kariery w zespole, Stuart był w związku z pierwszą gitarzystką (z którą zszedł się już w liceum) - Paulą Cracker, która kontynuowała relację tylko po to, by zbliżyć się do zazdrosnego Mudsa (był zazdrosny o to, że sprawowanie kontroli nad wokalistą stało się trudniejsze odkąd powstał cały ten związek). Kiedy zobaczyła go pierwszy raz, uznała, że Niccals to ten jedyny i dążyła do bliższej relacji. Murdoc wykorzystał ten fakt i przeleciał ją w toalecie w Kong Studio, na czym przyłapał go Russel. W odpowiedzi na zaistniały obrazek rozwalił zielonemu nos, a sama Paula wyleciała z zespołu pozostawiając w sercu 2-D wielką dziurę. Do dziś temat tego związku to tabu, a fakt, że poruszanie go rozbija Stu na kawałki, niesamowicie inspiruje basistę do ciągłego katowania zranionego.


 No a teraz  kilka krótkich faktów:
⚓ 2-D kocha filmy o zombie.
⚓ Ma obsesję na punkcie kotów.
⚓ Panicznie boi się wielorybów.
⚓ Od dziecka cierpi na silne migreny, przez co uzależnił się od leków przeciwbólowych.
⚓ Jego ulubiony zespół to The Human League.
⚓ Skłania się ku buddyzmowi.
⚓ Nie przepada za jedzeniem mięsa.
⚓ Jest enneagramowym 9w1
⚓ Gdy dopada go paniczny lęk, ubiera na twarz maskę clowna, by odstraszyć potencjalne niebezpieczeństwo.

Na koniec wstawię krótkie animacje, które we wzorcowy sposób przedstawiają relację Stuarta z członkami zespołu.

 

 

Tym miłym akcentem kończę wpis, następny planuję za dwa-trzy dni.

sobota, 30 sierpnia 2014

Autorsko: prywatne pochody zombie


Sam nie wiem, czy inicjatywa powstania naszych zombie pochodów miała jakąś konkretną genezę, czy podświadomie zobrazowaliśmy w dość malowniczy sposób to, jak postrzegamy ludzi żyjących nocnym Sopotem. Mieszkając w tym mieście poznajesz ciemną stronę dorosłego życia, która wręcz kipi od ilości alkoholu, zapachu przypadkowego seksu, tony podkładów na twarzach zdesperowanych dziewczyn i sypiącego się brokatu, a nawet sztucznych rzęs poprzyklejanych do chodnika. Mamy tutaj spory plac, gdzie kumuluje się całe życie jednego z najbogatszych miejsc w naszym województwie. Bulwar nazwany na cześć Bohaterów Monte Cassino jest jak przysłowiowy medal. Za dnia spotkasz tu tłumy, ludzie tłoczą się jak mrówki, a w akompaniamencie do ich nerwów grają najróżniejsi artyści, którzy postanowili wygrzać swoje talenty na słońcu. Płaczęce dzieci odbijają się echem pośród sztalug skupionych na swojej pracy malarzy, których pas rozciąga się pod ogromnym kościołem. Całokształt tej pocztówki zaburza moment przejściowy, kiedy około 22:00 na brukowane ulice wchodzi gwardia szpilek, kusych spódniczek i watahy nabuzowanych testosteronem samców. Sam wielokrotnie miałem okazję wracać skądś i obserwować bezcenne momenty, w których zamiast czerwonej szminki na ustach widniała struga krwi, a brokat zastąpiły odłamki szkła na twarzach. Wielokrotnie wzywałem karetkę, nie mogąc znieść widoku płaczących kobiet, czy nawet mężczyzn. Bezmózgie stworzenia wyszły na żer, a gdy coś nie szło po ich myśli z utopijnego, nadmorskiego miasta wszystko stawało się anarchistyczną wizją.

Sopot to specyficzne miejsce.
Wyszukane suknie, zwiewne woalki.
Odrobina domowych produktów.
Frustracja i podniecenie,
chęć zaburzenia sobotniej nocy.

Wybraliśmy się krótko przed północą przebrani za martwe panny młode, bez żadnego planu. Kocie ruchy przyciągały spojrzenia samochodów, które mijały nas na przejazdówce. Za pierwszym razem szliśmy w trójkę, nikt nie starał się zająć roli lidera. Nigdy wcześniej nie czułem tyle uwagi skupionej na sobie. Milczeliśmy jak grób, a nasze twarze pozbawione były jakichkolwiek emocji. Swoiste uzewnętrznienie morałów i wnętrza obecnych tam nocą ludzi. Przegnite do cna osobowości.


Mijający nas reagowali różnie. Część z nich była przekonana, że ma pijackie omamy, inni uciekali z krzykiem, a reszta robiła zdjęcia, albo próbowała wyciągnąć od nas jakiekolwiek informacje. Najzabawniejsza była cała ta frustracja, gdy nie wydobywaliśmy z siebie ani jednego dźwięku, a ludzie zakładali się o flaszki, że nas rozśmieszą, albo zmuszą do gadania. Kończyło się na sprawdzaniu nam pulsu i temperatury ciała, a że było nam cholernie zimno, w efekcie testów wszysycy spieprzali. Całe nasze zadanie polegało na spokojnym spacerze po terenie Sopotu, gdzie w nocnych godzinach były setki imprezowiczów. Zainteresowani wrzucali nam pieniądze do kieszeni, nawet jeśli nie dawaliśmy jakiegokolwiek znaku, że w ogóle je chcemy. Pamiętam jak kiedyś jeden facet zaczął droczyć się z moją zombie twarzą i wyciągnął z mego płaszcza paczkę fajek, głośno ciesząc się z tego, że teraz pewnie mnie sprowokował. Nawet na niego nie spojrzałem, a on w milczeniu wsadził opakowanie papierosów z powrotem do kieszonki, po czym przeprosił mnie i odszedł. Ludzie oferowali nam ciepłe napoje, darmowe wejścia do klubów, drogie drinki i pomoc (kiedyś pewna grupa uroiła sobie, że ktoś nas do tego zmusza, obserwuje nas o grozi zrobieniem krzywdy). Wystarczyło, kolokwialnie mówiąc, wrzucić się w mąkę żeby móc napierdolić się za darmo i dobrze wybawić. Gdybyśmy skorzystali z tej okazji, cała mroczna otoczka rozpłynęłaby się. Wypiliśmy tylko raz kilka shotów z tequillą, ani na moment nie wychodząc z roli. Obudziliśmy się o piątej nad ranem na wydmach i szczęśliwcem był ten, kto nie spotkał nas tam, gdy bylo ciemno, bo widok zmasakrowanych zwłok w krzakach zapamiętałby do końca życia.

Mamy taką zasadę, że przed wyjściem nie robimy sobie zdjęć. Jedyne jakie posiadamy, to te, które w internet wstawiali ludzie, pragnący dowiedzieć się czegoś więcej. Przez długi czas szukali nas, tylko, że my wcale nie chcieliśmy się ujawnić. Wszystkie zdjęcia z tego wpisu pochodzą ze Spotted:Sopot.

 

piątek, 29 sierpnia 2014

O Gorillaz: powstanie zespołu.

W związku z tym, że masa osób poprosiła mnie o napisanie posta o Gorillaz, spiąłem dupsko i wstałem specjalnie rano żeby to zrobić. Mam przed nosem dwa kubki kawy, w tle leci już klimatyczne Demon Days. 

Od razu ostrzegam, że nie będę zatruwać wam życia niepotrzebnymi datami.

Nie wiem czy sensownym jest rozpoczynanie tego wpisu od wyrwanej z kontekstu historii zespołu, rozsądniejszym byłoby przedstawienie człowieka, który za niego odpowiada. Pewnie wciąż część z was myśli, że za rysunkami postaci tego virtual bandu stoją przypisane osoby, podczas gdy one wszystkie są bezpańskie, a jedyne co łączy tych barwnych członków z naszym materialnym światem, to głos Damona Albarna. Kim jest Damon Albarn? Ja sam uwielbiam nazywać go "człowiekiem orkiestrą" zważywszy na jego multi-umiejętności grania na praktycznie każdym instrumencie. Mogę się założyć, że zamiast krwi, w jego żyłach płynie esencja muzyki. 


Kiedy pierwszy raz zobaczyłem videoklip Gorillaz, byłem jeszcze dzieckiem. Nie wydawało mi się wtedy, żeby cała ta "kreskówka" miała jakąś historię, czy głębsze dno, szególnie dlatego, że pierwsze teledyski nie miały zarysu fabuły. Gdy poznałem ten zespół po raz drugi, mało nie osrałem się z wrażenia co do poziomu perfekcji w wykreowaniu życia jego członków.



Ogólnym założeniem utworzenia zespołu było zniesmaczenie muzyką, którą emitowało MTV w czasach, gdy Damon i Jamie zaczęli trzymać się bliżej:

"If you watch MTV for too long, it's a bit like hell—there's nothing of substance there. So we got this idea for a cartoon band, something that would be a comment on that."
-Hewlett


Sam Albarn wyłonił się z zespołu Blur, który zdobył potężną sławę nie tylko na terenie Wielkiej Brytanii, ale i całego świata. Już od początków swojej kariery D. gradził tym, jak opisują go media, które zamiast skupiać się na samej muzyce, pisały o twarzy wokalisty i stylówkach całej grupy, jakby jedyną rzeczą, którą mogli zaprezentować był wygląd. Stąd pomysł na utworzenie postaci, które nie będą w żadnym stopniu atrakcyjne, a sam frontman będzie brzydki i głupi.

Poniżej pierwszy szkic, który miał przejść jako pełna kreacja członków Gorillaz: 


Jamie Hewlett to twórca komiksu Tank Girl, który jest niezwykle popularny wśród Brytyjczyków. Damon był jego fanem, a gdy wreszcie doszło do spotkania, okazało się, że panowie mają razem wiele wspólnych tematów i potencjał, by stworzyć coś wielkiego. Jamie zbliżył się do towarzystwa Albarna, wchodząc w związek z ex-dziewczyną przyjaciela z zespołu Blur, Grahama Coxona. W zasadzie twórców Gorillaz połączył okres, gdy razem byli po rozstaniach. 


W Internecie można znaleźć film dokumentalny o początkach bandu, niestety nie jest on dostępny w języku polskim. Z tego co się orientuję, czasem można go dostać na stronie Empiku, ale raz na rok wystawiają jeden egzemplarz DVD. Polecam zapoznać się z "Bananaz" (bo taki nosi tytuł) jeśli chce się bliżej poznać osobowości Albarna i Hewletta, a w szczególności sposób w jaki tworzyli cały plan. Udostępniam dla was pełne wideo z oryginalną wersją językową i hiszpańskimi napisami, których nikt nie zrozumie, więc polecam je ignorować:



 

Generalnie z samego zarysu powstało coś tak wielkiego i pokochanego przez publikę, że założyciele osrali się po kostki, bo nie wiedzieli jak to wszystko rozegrać. Damon był przerażony sposobem, w jaki tworzy się muzyka do poszczególnych kawałków Gorillaz, o czym mówi w filmie, który wstawiłem. Działa to na zasadzie kompulsywnego napieprzania w instrumenty, co skutkuje dźwiękami, które ciężko powtórzyć. Wszystko było super do momentu, w którym ludzie nie zaczęli domagać się koncertów... koncertów od animowanych postaci. 

Początkowo występy wyglądały tak, że na hali rozwieszano wielki ekran, a na nim emitowane były slajdy i animacje przedstawiające członków, podczas gdy Albarn z grupą muzyków stali w ukryciu i odgrywali swoje utwory.  Niestety nie jestem w stanie znaleźć osobnego nagrania dla tego koncertu, ale część znajdziecie w "Bananaz". W późniejszych etapach rozwoju Gorillaz na scenie zaczęly pojawiać się hologramy, a tuż przed przerwą w nagrywaniu czegokolwiek nowego koncerty były już całkowicie fizyczne i Damon śpiewał/grał we własnej osobie.

Tutaj macie przykładowy występ hologramów,
warto go obejrzeć:


Niżej jeden z późniejszych koncertów
i utwór "O Green World"


Zatrzymując się na moment przy tematyce ostaniego wykonu, warto wspomnieć o tym jak bardzo Damon zaangażowany jest w ochronę środowiska, zwierząt i jak bardzo brzydzi się wojną. Traktują o tym poszczególne utwory, które wstawiałem już wcześniej na inne konta. Nie pogardzę przypomnieniem ich treści. Znane większości z was "Kids with guns" powstało, gdy Albarn przeraził się tym jak media wpływają na mózgi dzieci, pompując w nie ciągłe informacje o wojnie. Postanowił napisać ten utwór, gdy do szkoły jego córki przyszedł chłopiec z nożem. Nikt nie przypuszczał wcześniej, że dzieciak byłby do tego zdolny.


"Dirty Harry", który krytykuje decyzje prezydenta Georga Busha w kwestii wojny w Iraku. Wcześniej singiel miał nosić nazwę "I need a gun", a w rezultacie i tak zdobył nominację do nagrody Grammy.
(wklejam link do teledysku, bo strona nie wyszukuje mi go)

Moja perełka, czyli "Pirate Jet". Tutaj nie trzeba niczego tłumaczyć, wizualizacja na jednym z koncertów mówi sama za siebie. Ten utwór sprawił, że nie czuję już jakiejkolwiek innej potrzeby niż wyznawanie religii Damona Albarna (którą sam sobie uroiłem). Polecam uważne obserwowanie nagrania.

"Its all good news now
Because we left the taps
Running
For a hundred years
-
So drink into the drink
The plastic cup drink
Drink with the purple,
The people,
The plastic eating people"

 

 To tylko trzy z ogromnej bazy dzieł nawołujących do ważnych działań, ilość utworów, które trzeba znać jest ogromna i do tego polecam wam zapoznanie się z moim profilem na last.fm

Teraz przydałoby się zjeść śniadanie, więc póki co kończę pierwszą część pisania o Gorillaz.
Później planuję dać zarys całej historii członków zespołu, jaki i napisać osobno o ich życiach.


czwartek, 28 sierpnia 2014

Tytułem wstępu

Gawd, nigdy nie byłem dobry w blogowaniu, właściwie zawsze brakowało mi chociaż minimanej ilości weny. Tym razem muszę mocno się zmobilizować, chociaż mój plan co do tej strony wygląda gorzej niż gówno. Nie mam pojęcia o czym mogę pisać, żeby przyciągnąć waszą uwagę, jak mam pisać i nie wiem
czy
potrzebujecie
moich
słynnych
enterów
by posty były starą Fetą, a nie nowym Wejnem. Pewnie większą popularność zdobyłbym wstawiając smutne obrazki, które wszyscy lubią, ale nie pozostaje mi nic innego jak poprosić was o podsunięcie tematów, które mógłbym poruszyć, bo średnio chce mi się zapełniać pole edycji tekstu pustym klepaniem w klawiaturę, byleby tylko je zapełnić. 

Tak więc, dalej power rangers,
komentujcie, bo blog powstał dla obustronnej korzyści.